Woronowicz kontra Wieniawa. Dlaczego „Gra” nie gra

Ostrzyłem sobie zęby na niebanalny duet sceniczny Adama Woronowicza z królową Instagrama Julią Wieniawą. Punkt wyjścia był obiecujący – 45-letni „dojrzały” facet i o 20 lat młodsza pani. Ale nie iskrzy.

Jedna rzecz niech będzie tu jasna od razu. Woronowicz to Mistrz.

Adam Woronowicz to dziś jedno z najbardziej gorących nazwisk na polskim firmamencie aktorskim.

Nie zaszkodziła mu – w sensie nie upupiła go – martyrologiczna rola księdza Popiełuszki (Popiełuszko. Wolność jest w nas). Bo też jak mało kto w polskim kinie/telewizji Woronowicz potrafi przełamywać aktorskie klisze i stereotypy, w czym zapewne zbytnio nie przeszkadza wygląd typowego polskiego „Janusza”, którego aktor tak rozkosznie przerysowuje – w wersji hard – w postaci Darka Wasiaka z polskiego The Office czy – w wersji soft – w reklamie Łomży.

Tak więc umęczonego przez UB narodowego bohatera „Solidarności” i zamordowanego przez hitlerowców ojca Maksymiliana Kolbe (w fabularyzowanym dokumencie Dwie korony z 2017 roku) przekonująco równoważą odegrane bez zarzutu ubeckie kanalie i inni zimni dranie.

A oprócz tego na drugim biegunie kilka prostolinijnych życiowych fajtłap, jak w serii „Teściów”. Naturalną vis comica Woronowicza świetnie zaś eksponuje wspólny standup z Rafałem „Rutkiem” Rostkowskim „Depresja komika” – niewiele widziałem w życiu równie śmieszno-mądro-gorzkich przedstawień.

Fot. facebook.com/depresjakomika

Mam wrażenie, że aktorska pozycja Woronowicza cały czas rośnie, choć nigdy nie miała jednego momentu eksplozji, który raz na zawsze wystrzeliłby Pana Aktora w konstelację Gwiazd. To raczej taka linia delikatnie acz systematycznie wznosząca.

Adam Woronowicz, czyli polski Anthony Hopkins

Niemożliwym obsadzić go w roli amanta bądź szwarccharakteru przeznaczonego dla Marcina Dorocińskiego, ani w postaci tak pokręconej, jak te „Tomaszowo Kotowe”, ani też w tak wyrazistej i złamanej jak bohaterowie Roberta Więckiewicza, nie jest wreszcie Woronowicz tak kumpelskim jak wcale już niemłody Stuhr, Maciej zresztą.

Ale też żaden z wyliczonych nie jest w stanie skumulować w sobie tylu skłębionych emocji, ile jest w zaciętej, śliskiej i pozornie niewzruszonej twarzy Woronowicza. Nikt w polskim kinie – a brawurowo zapodam, że rzadko kto w światowym, a co! – potrafi tak zabić wzrokiem jak Adam Woronowicz.

I mając przed oczami weterynarza-mordercę z Czerwonego pająka Koszałki oraz ikonicznego Hannibala Lectera z Milczenia owiec nie boję się nazwać aktora rodem z Białegostoku „polskim Anthony Hopkinsem”. Tak samo wiarygodny zarówno jako anioł, jak i diabeł, ale zawsze niejednoznaczny.

Jako się rzekło na otwarciu i zostało udowodnione powyżej, wiecie, że cenię i lubię gościa.

Woronowicz jest dla mnie aktorską gwarancją jakości, zawsze ma coś ciekawego do zaoferowania, dalekiego od stereotypu i szuflad. Dwoistość ludzkiej natury, którą tak często uosabia w swoich kreacjach, a co za tym idzie swoiste powinowactwo autora tego bloga z naszym Bohaterem zapewne nie jest przypadkowe, łączy nas bowiem najlepszy rocznik, 1973 😉

Ostrzyłem sobie więc trochę zęby na niebanalny duet sceniczny AW z gwiazdą z zupełnie innej bajki, królową Instagrama – 2,3 mln obserwujących, wow! – Julią Wieniawą. Punkt wyjścia był zresztą obiecujący – 45-letni „dojrzały” facet i 20 lat młodsza pani, no brzmi znajomo 😉

Niestety, sztuka „Gra” no nie gra

Woronowicz tylko momentami dostaje szansę ekspozycji swojego kunsztu. Aktor portretuje dziennikarza politycznego, który zostaje zesłany jak za karę na uwłaczający jego profesjonalnej godności wywiad z o dwa razy młodszą filmową gwiazdką.

Rodzi to, owszem, kilka zabawnych grymasów i „półgagów” – zaśmiałem się szyderczo i półgębkiem może ze dwa razy – ale jako zawodowcowi zgrzyta mi już sytuacja na samym starcie tej opowieści, otóż:

Dziennikarz z zadartym nosem i muchami w nosie przychodzi do rozkapryszonej gwiazdy, która udziela ledwie dwóch godzinnych audiencji rocznie, i pomimo okazywanego jej ostentacyjnie lekceważenia ów pismak nie zostaje wyrzucony na zbity pysk! Taaa… to chyba tylko możliwe w jakimś AI.

W kwestii protagonistki „fakty też nie chcą tańczyć”. Wieniawa jako celebrytka, grająca samą siebie, która w ciągu półtorej godziny ma nas przekonać do „siebie”, że nie tylko silikon, trociny i cycki – te ostatnie zresztą i tak w sferze pobożnych życzeń – jednak nie przekonuje, choć jednej damie w rzędzie przede mną wymknął się głośny zachwyt nad urodą Aktorki.

Panowie, nawet jak się ekscytowali, siedzieli cicho jak mysz pod miotłą; przyznając mały handicup Dżuls Wieniawie, zaryzykujmy twierdzenie, że nie chcieli narażać się partnerkom…

Fot. facebook.com/garnizonsztukiteatr

Ale no właśnie. Nie przekonuje więc może również dlatego, że reprezentowany przez Panią Julię typ kobiecości mnie akurat pozostawia cokolwiek obojętnym. Wiem, bluźnię…

Julia Wieniawa. „Bieda to stan umysłu”

A może też zwyczajnie uprzedziłem się, gdy usłyszałem, że pani Wieniawa głosi życiowe motto, jakoby „bieda to stan umysłu”… I dalej – że „wystarczy ‚afirmować’ bogactwo, a ono do nas wcześniej czy później przyjdzie”… Jakież to oczywiste, jakie praktyczne i proste! I za czym marny człowiecze tak gonisz?! Afirmuj! I wyczekuj manny…

Pewne jest, że Pani Julia afirmuje aktywnie, wszędzie jej pełno: gra, śpiewa, opowiada, poleca, zaleca, influenceruje… (że co?!).

W Polsce międzywojennej takim wszechstronnym celebrytą – jak na ówczesne czasy – był Bolesław Wieniawa-Długoszowski, dyplomata i wojskowy z artystyczną duszą: poeta, tłumacz, dziennikarz, „znany z umiłowania kobiet, koni i hucznej zabawy” (przekonuje Wikipedia). Może więc herb zobowiązuje?

Pani Julii na pewno nie można odmówić pracowitości, lista osiągnięć aktorsko-muzycznych Madame Wieniawy jak na 28 wiosen jest wielce imponująca. Pani Julii nie można zarzucić nawet braku umiejętności scenicznych – no ale jak ulał pasuje tu gombrowiczowskie „jak zachwyca, skoro nie zachwyca?”.

Generalnie „Gra” pozostawia obojętnym. Dlaczego?

Mam wrażenie, że w sztuce jest jakby „wszystko wszędzie naraz”, czyli za dużo i chaotycznie (kto widział film-laureata Oscara 2023, ten wie, o czym piszę). Mamy więc motywy, takie jak: straty nienarodzonego dziecka, wojennej traumy, śmiertelnej choroby – nowotoworu, skrywanych występków i grzeszków oraz blizn – tych namacalnych fizycznych, jak i psychicznych, of course!

Ojojoj, sporo, prawda? I wszystkie „łone” są jak efektowne rekwizyty, które zaprezentowane raz (ahaa, okej, no ładnie…) już do nas nie wracają. Jest zupełnie na odwrót – ich nagromadzenie wręcz wzajemnie się znosi, a finalnie i tak okazuje się, hmm, podstępem:

Gdy już bowiem prawie mamy w to wszystko uwierzyć, gdy już to wszystko właściwie „kupiliśmy” okazuje się, że to tylko taka „gra”. I pozostajemy skołowani, bo ładunek emocjonalny i oczyszczający opowiedzianej historii ni stąd, ni zowąd ląduje w koszu. A kto by po te resztki zaglądał?

Gra miała być – zapewne (???) – o zderzeniu dwóch różnych światów, generacji, płci czy pozycji społecznych, o wzajemnym odpychaniu-przyciąganiu, o szufladkowaniu po stereotypach, o tym, jak jesteśmy różni, ale jednak tacy sami – ale nic tu nie wybrzmiewa do końca, nic nie wydaje się autentyczne, wszystko jest jakieś pozorne, napompowane niczym wzmiankowe cokolwiek namolnie silikonowe cycki – więc nie porusza.

Nie ma też napięcia ani chemii w aktorskim duecie Woronowicz – Wieniawa, nie ma zaskoczeń. Owszem, zagrane poprawnie, ale do zapomnienia.

Fot. facebook.com/garnizonsztukiteatr

Najciekawsze jak to często bywa zdaje się tło, czyli historia o tym, że sztuka pod oryginalnym tytułem Wywiad jest adaptacją scenariusza filmowego holenderskiego dziennikarza i reżysera Theo van Gogha.

Nazwisko nie jest przypadkowe, autor był prawnukiem brata słynnego impresjonisty. Był, bo w roku 2004 został zastrzelony w Amsterdamie przez islamskiego fanatyka marokańskiego pochodzenia – Theo van Gogh był znany z krytyki czy wręcz wyszydzania obyczajów i świata islamu. Jego śmierć do dziś jest w Niderlandach – ale nie tylko tam – symbolem świata podzielonego, opartego na braku szacunku i niedoborze tolerancji.

Wywiad – a za nim Gra – tylko pozornie wydają się o czymś innym, tylko nie za bardzo wiadomo, o czym tak naprawdę są.

Ale Woronowicz to i tak Mistrz, zawsze warto go szukać i oglądać.

Lady Wieniawa – i owszem, pooglądać można.

Ocena: 4 muchy/10

Dodaj komentarz

Cześć,

jestem Tomek,

Tomek Mucha,

Kulturalna Mucha!

Witaj na moim blogu, w którym dzielę się swoimi pasjami – filmem, literaturą, historią (zwłaszcza Holocaustu). Dowiesz się tu wielu ciekawych rzeczy, przeczytasz niebanalne teksty i gwarantuję, że czas spędzony ze mną nie będzie czasem straconym. Zapraszam serdecznie!