Jeżeli jeszcze nie widzieliście, zobaczcie koniecznie. Jeszcze chwilę temu była w kinie, a jest już na TVP VOD, choć to film, który powinien wybrzmieć w ciemnej, cichej sali kinowej…
Może nie jest to szczególnie wybitne kino, ale wydaje się, że dziś – kiedy wymierają ostatni świadkowie Holocaustu, kiedy świat zapomina, co sam sobie zgotował 80 lat temu i krok po kroczku domyka kolejną pętlę – to kino istotne, pulsujące nerwem, potrzebne.
Nie obawiajcie się, nie jest to wierna i nudna relacja z tego największego z norymberskich procesów. I jeżeli nie jest nadużyciem o tego rodzaju filmie powiedzieć, że „dobrze się ogląda” – to właśnie w tym wypadku tak jest, bo to dobrze skrojone hollywoodzkie kino, z przemyślanym scenariuszem opartym na cokolwiek nieznanej-tajemniczej historii, z popularnymi i świetnymi aktorami, imponującą scenografią, klimatycznymi zdjęciami (Polak Dariusz Wolski).
Kluczem był scenariusz, na kanwie wydanej także dwukrotnie w Polsce (pod innymi tytułami) książki Jacka El-Haia „Norymberga. Naziści oczami psychiatry”. Opisuje w niej historię Douglasa Kelley’a, konsultanta psychiatrycznego przy Międzynarodowym Trybunale Wojskowym w Norymberdze, który przygotowywał się do postawienia niemieckich zbrodniarzy przed sądem. Kelley miał przebadać ich osobowości, dostarczyć przesłanek prokuratorom… Zamiast więc relacjonowania rozprawy – jej wynik i tak znamy przecież – dostajemy swoistą grę wstępną, powikłaną uwodzicielsko-odpychającą relację naukowca z marszałkiem Rzeszy, nakręconą z ikrą psychologiczną rozgrywkę dwóch osobowości.
„Norymbergę” określa się jako thriller psychologiczny, dla mnie to bardziej kino noir, gdzie w rolę femme fatale – najczęściej platynowej blondynki – wciela się Russell „Gladiator” Crowe, z konieczną nadwagą.
Może jego Goering nie przyćmi w jego aktorskim CV uwielbianego przez widzów bohatera eposu z czasów rzymskich, ale wiele wskazuje na to, że zapisze się jako jedno z większych artystycznych osiągnięć Australijczyka. Poza nim i Rami Malekiem – o którym za chwilę – jest dużo świetnego drugiego planu: Michael Shannon („Zwierzęta nocy”!), John Slattery („Mad Men”, „Gotowe na wszystko”) i niewątpliwe odkrycie: przejmujący Leo Woodall („Biały Lotos”).
Bo też obsadzenie Crowe’a zdaje się w mojej ocenie kluczowe dla wymowy filmu, tak jak ją widzę. To aktor, który potrafi przekonująco ukazać nie tylko podwójne oblicze naszej natury, ale także wiarygodnie nakreślić jej niezwykłą dynamikę, przemianę, która dokonuje się w nas naturalnie, samoistnie, płynnie.
Goering w wykonaniu Crowe’a pomaga zrozumieć, dlaczego Niemcy jako naród poszli za nazistami w ciemno, do końca.
Dziś dziwimy się, jak mogli tak biernie wysyłać swoich mężów, ojców, synów i kochanków hurtowo na front, skąd hurtowo nie wracali, ale ówczesna perspektywa i ocena jest nam niedostępna. Wiemy tylko, że Hitler w czasach wielkiego kryzysu zapewnił im pracę i po upokorzeniu finałem I wojny światowej omamił wizją odwetu i wielkości.
Ale umówmy się, fuhrer był postacią cokolwiek karykaturalną – kurdupel z kuriozalnym wąsem, śmieszną zaczeską i nienaturalnym krzykiem. To oczywiście nie wyklucza rzucenia czaru – wszak od dekady prymityw z blond zaczeską skutecznie bajeruje połowę Ameryki. Ale to Goering, bohater Wielkiej Wojny, był „ludzką twarzą” nazistów: dowcipny, jowialny, tęgi, ceniący życiowe przyjemności sybaryta i narcyz, rozgrzeszany za przywary i słabości. To z nim Niemcy mogli się identyfikować – skoro on zawierzył Hitlerowi, jest jego prawą ręką, to znaczy, że to wszystko, włącznie z ofiarą krwi, ma sens, jest właściwe, niezbędne.
Takiej właśnie ambiwalentnej fascynacji Goeringiem ulega doktor Kelley i jest to symboliczne.
Czytałem wiele zastrzeżeń, co do kreacji Ramiego Maleka – niezapomnianego Freddiego w „Bohemian Rhapsody” – w roli psychiatry. Nie sugerujcie się tym wcale, trudno się z tymi fochami zgodzić.
Malek to aktor o tak wyrazistej twarzy, że właściwie nie musi grać, by przykuć uwagę. Może czasem więc za bardzo „gra”, ale robienie z tego zarzutu jest kuriozalne. Oczywiście sprostać Russellowi w tym pojedynku aktorskim nie jest proste, ale Kelley w roli Maleka nie tylko się broni, ale też udaje mu się momentami wzbudzić dla swojego bohatera przejęcie.
Upamiętnienie tragicznej postaci Kelley’a – nie będę streszczał finału tego życiorysu (łatwo wyguglować) – jest dodatkową wartością filmu. To „norymberski psychiatra” był pierwszym, który wykazał, że niemieccy zbrodniarze wcale nie byli potworami, że nie byli w żaden sposób predestynowani do zła (to wszak przed wojną Niemcy uchodziły za naród z najwspanialszą w świecie nowożytną literaturą, muzyką czy filmem!), niczym szczególnym się nie wyróżniali. Byli zwyczajnymi ludźmi, a zło może tkwić w każdym.
Zło jest w Niemcach gazujących Żydów w obozach zagłady, jest w rosyjskich hordach dokonujących zemsty na Niemcach (a szczególnie Niemkach) – a dziś bestialsko mordujących w Buczy, Mariupolu, Tarnopolu, czy Charkowie – jest w fanatykach Hamasu atakujących Izrael 7 października 2023, jest w bezwzględnych izraelskich mścicielach w Strefie Gazy, jest wreszcie w amerykańskich agentach ICE bez skrupułów strzelających do cywilów w Minneapolis.
Tacy ludzie żyją w każdym kraju na świecie, w pewnych okolicznościach są skłonni posunąć się do okrucieństwa, gwałtu i mordu.
Kelley doszedł do tych ponurych wniosków na długo przed „przełomową” publikacją Hannah Arendt, która w wydanym w 1963 roku reportażu z procesu Eichmanna w Jerozolimie ukuła termin „banalność zła”. Psychiatra z Norymbergi został jeszcze jedną pośrednią ofiarą Holocaustu, zapłacił straszną cenę.
Ocena 7 much/10
27/01 Międzynarodowy Dzień Pamięci Ofiar Holocaustu
Jeżeli jeszcze nie widzieliście, zobaczcie koniecznie. Jeszcze chwilę temu była w kinie, a jest już na TVP VOD, choć to film, który powinien wybrzmieć w ciemnej, cichej sali kinowej…
Witaj na moim blogu, w którym dzielę się swoimi pasjami – filmem, literaturą, historią (zwłaszcza Holocaustu). Dowiesz się tu wielu ciekawych rzeczy, przeczytasz niebanalne teksty i gwarantuję, że czas spędzony ze mną nie będzie czasem straconym. Zapraszam serdecznie!
Dodaj komentarz